Strona główna
Wstecz
Nowości
Znajdź ex-ŚJ
Linki

 

Świadectwo

Urodziłam się w 1975 roku w Związku Radzieckim, na Ukrainie. W rodzinie byłam niechcianym dzieckiem – mama zastanawiała się nad tym, czy nie usunąć drugiej ciąży, a tata, kiedy urodziła się druga córka, był obrażony na mamę, przez tydzień z nią nie rozmawiał i pił wódkę, ponieważ chciał mieć syna. Na dodatek urodziłam się brzydka i chora, gdyż mama zanim mnie urodziła, ciężko pracowała, nosząc ciężary. Mama myślała, że nie będę żyła, ale Bóg miał dla mnie Swój plan.

Wychowywano mnie w duchu komunistycznym – byłam pionierką, komsomołką, kochałam Lenina i nosiłam kwiatki na jego pomnik. Nauczyciele surowo zabraniali nam chodzić do kościoła, ale babcia moja była prawosławnego wyznania; zawsze nam mówiła, że Bóg istnieje, nauczyła nas modlitwy „Ojcze nasz”. Nie była jednak dla nas dobrym przykładem, poza tym nigdy nie mieliśmy w domu Biblii, więc chodziliśmy drogami tego świata, całkowicie ślepi, głusi i nieświadomi swej nędzy duchowej.

Dzieciństwo miałam trudne, chociaż nie brakowało nam dóbr materialnych. W szkole byłam bardzo samotna, nie lubiłam plotek, więc dziewczyny mnie odrzucały; wolałam towarzystwo chłopców, lecz i ci nie bardzo mnie przyjmowali, gdyż lubiłam sobie popłakać. Nazywano mnie „owieczką”, ponieważ byłam grzeczna i dobrze się uczyłam. W domu rodzice zbytnio się mną nie zajmowali, bo ciężko pracowali, a starsza siostra nienawidziła mnie, (o czym nieraz ze złością mówiła), ciągle mnie tłukła i nigdy nie bawiła się ze mną, nawet do szkoły nie chodziłyśmy razem; wyśmiewała się i drwiła ze mnie przed innymi dziećmi. Bawiłam się sama lub ze zwierzętami. Miałam ulubionego psa, z którym chodziłam na spacery daleko w pole i wieczorami siadywałam tam, oglądając gwiazdy. Bardzo lubiłam niebo i czułam, że na ziemi jest mi za mało miejsca. I tak rosłam sobie, jak dziki kwiat.

Ponieważ dorastałam w domu pełnym kłótni, krzyku i strachu, szukałam miłości i przyjaźni wśród rówieśników. Gdy miałam piętnaście lat zostałam wyśmiana przez chłopca, który mi się podobał, a kilka lat później opuściła mnie jedyna przyjaciółka, co po prostu odchorowałam. Znowu byłam sama. Miałam osiemnaście lat i studiowałam języki obce na uniwersytecie.

Wtedy pojawił się w moim życiu ktoś, o kim zawsze marzyłam. Chłopak, który został moim przyjacielem był jedyną bliską mi osobą w życiu. Bardzo przywiązaliśmy się do siebie wzajemnie – rozmawialiśmy o wspólnym życiu, o małżeństwie. Spotykaliśmy się prawie codziennie i zawsze tego było mało. Trwało to wszystko pięć lat. Zbliżał się czas naszego ślubu.

Kiedy ukończyłam studia uważałam się za szczęśliwą osobę. Uroczyste zakończenie moich studiów odbyło się w wynajętym lokalu w restauracji, miałam najpiękniejszą sukienkę, przywiezioną z zagranicy, szłam pod rękę z przystojnym chłopakiem ubranym w garnitur i krawat, z pięknym bukietem czerwonych róż. Czułam na sobie wiele zazdrosnych oczu. Miałam na owe czasy bardzo wysokie wykształcenie, a poza tym załatwione wszystkie dokumenty do pracy w Polsce. Miałam wszystko, czego tylko może pragnąć kobieta.

A jednak ciągle byłam niezadowolona, odczuwałam niepokój, potrafiłam pyskować rodzicom, źle się zachować. Pojechałam na rok do pracy za granicę, żeby zarobić na ślubną sukienkę. Mój narzeczony jeszcze studiował.

Ciężki był ten rok w Polsce – w pracy ludzie nie witali się ze mną, bo jestem Ukrainką, byłam wyśmiewana i poniżana w wielu sytuacjach, tęskniłam za domem.

Pewna sytuacja w maju sprawiła, że postanowiłam się zmienić. Zapragnęłam być lepszą, dobrze się zachowywać, bo nie miałam siły – grzech był silniejszy ode mnie. Prosiłam Boga, żeby mnie zmienił, nie wiedząc, że On mnie słyszy.

Przed samym wyjazdem do domu, otrzymałam w prezencie Nowy Testament i zaczęłam go czytać. Słowo Boże głęboko mnie dotykało – czułam się grzeszna i nędzna. Zaczęłam codziennie się modlić; po prostu mówiłam Bogu o wszystkim, co czułam, rozmawiałam z Nim, jak z kimś bliskim.

I wtedy szatan zaczął mnie atakować. Zaczęli do mnie przemawiaćżni ludzie: dzwonili Świadkowie Jehowy, przychodzili baptyści, mama mówiła mi o sobocie. Miałam tak dosyć tego wszystkiego, że padłam na kolana i powiedziałam: „Boże, szukam Ciebie, Ty Sam wskaż mi, gdzie jest prawda.” Przez trzy miesiące nigdzie nie chodziłam, sama codziennie siadywałam nad Biblią i się modliłam. A Bóg był ze mną.

Drugim doświadczeniem było to, że w sierpniu nie odbył się ślub, lecz mój narzeczony opuścił mnie. Wtedy znaczyło to dla mnie koniec życia. Chciałam popełnić samobójstwo, byłam już pod pociągiem, ale Bóg nie pozwolił mi tego uczynić. Ze złamanym sercem, życiem, rozczarowana do ludzi jechałam z powrotem do Polski. Wszystko robiłam mechanicznie, nocami płakałam i modliłam się jedynie o śmierć. Nie wiedziałam, po co żyję, czułam się niepotrzebna i samotna. Uchwyciłam się Boga, gdyż tylko w Nim upatrywałam swego ratunku. Zaczęłam chodzić na nabożeństwa domowe.

W październiku przeżyłam nowe narodzenie i postanowiłam przyjąć chrzest. Opuściły mnie wszystkie przyjaciółki, jakie wtedy miałam; zresztą szatan odebrał mi wszystko.

21 listopada 1998 roku zostałam pobita przez kobietę, która była moją gospodynią. Rozbiła mi głowę do krwi, usiłowała wydrapać mi oczy, pluła na mnie, rwała włosy. Ponieważ powiedziałam: „Boże, przebacz jej”, krzyczała, abym wypluła to Imię ze swoich ust. Zarzucała mi jedyną winę: chodzenie na nabożeństwa, modlitwy, czytanie Biblii i decyzję odnośnie chrztu. Było wtedy 30 stopni mrozu. Wyrzuciła mnie na ulicę w jednym szlafroku. Był to wieżowiec, więc sąsiedzi przyjęli mnie; przestraszyli się mego wyglądu. Kobieta wyrzuciła wszystkie moje rzeczy do śmietnika i kiedy w nocy z sąsiadem wybieraliśmy stamtąd paszport, ubranie, pieniądze i książki, zrozumiałam, że wszystko to są „śmiecie”, a przed Bogiem staniemy takimi, jakimi przyszliśmy na ten świat. Kobieta trafiła do szpitala psychiatrycznego.

Następnie szatan zabrał mi pracę. Dyrekcja obwiniła mnie o to, że wówczas w nocy nie zadzwoniłam do nich, powiedziano mi, że muszę mieszkać tam, gdzie oni mi wskażą.

W tamtym czasie przyjęli mnie do siebie jak własne dziecko ludzie wierzący. Nie wiedziałam, co mam zrobić. Decyzja była trudna, powiedziano mi: „Jeśli nie przeprowadzisz się tam, gdzie my ci mówimy, rozwiążemy umowę o pracę.” W domu rodzice byli bez pracy. A Bóg powiedział za pośrednictwem Biblii: ‘Drogą krwią zostaliście zbawieni, nie stawajcie się niewolnikami ludzi.’ Poszłam za głosem Bożym – sama rozwiązałam umowę. 20 grudnia 1998 roku przed wyjazdem na Ukrainę przyjęłam święty wodny chrzest w Imieniu Jezusa Chrystusa. Był to jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu.

W domu też nie było łatwo. To, że byłam o jeden krok od śmierci nie bardzo cieszyło moich rodziców. Po miesiącu mama nie wytrzymała i zaczęła mnie oskarżać o to, że porzuciłam pracę. Powiedziała mi: „Komu ty w ogóle jesteś potrzebna?!” Odpowiedziałam: „Jeśli nikomu nie jestem potrzebna, to Bóg mnie stąd zabierze. Przygotuj się na pogrzeb.” Bardzo wtedy w nocy płakałam i prosiłam Boga o śmierć. Bóg przemówił do mnie słowem z Psalmu 27:10: ’Choćby ojciec i matka cię opuścili, Ja cię nie porzucę.’ I Bóg mnie zabrał, ale niestety nie do nieba, lecz do Polski. Po trzech dniach od tej kłótni już przekraczałam granicę polską – zabrali mnie do siebie wierzący ludzie.

Na dworcu w Warszawie napadli na mnie bandyci i zabrali pieniądze, ale nic poza tym nie zrobili, chociaż grozili gwałtem. Jednemu z nich mówiłam o Jezusie. Był wzruszony i chciał oddać pieniądze, lecz był związany z bandą. Kiedy przyjechałam, przeczytałam Księgę Daniela ze Starego Testamentu, która mówi o tym, jak Bóg ochronił Daniela w lwiej jamie. Tak samo było ze mną na dworcu. Pan Bóg zamknął paszcze lwom. Żyłam dalej.

ł roku byłam bez pracy, ale Bóg mnie nie opuszczał. W czerwcu, gdy już kończyła się moja wiza, zostałam zatrudniona w nowym miejscu pracy; Bóg chciał, żebym została w Polsce.

Trudno było przyzwyczaić się do nowych ludzi, a szczególne doświadczenie miałam w mieszkaniu, które wynajmowałam. Było tam bardzo zimno, wilgoć na ścianach. Na dodatek śmierdziało myszami, które potrafiły mnie obudzić o trzeciej godzinie w nocy, biegając mi po brzuchu. Człowiek, u którego wynajmowałam pokój, znęcał się nade mną, czepiał się, chciał nawrócić mnie na katolicyzm. Wiele razy płakałam w poduszkę. Ponieważ marzłam, zaczęłam bardzo chorować. Na święta w grudniu miałam gorączkę 39 stopni, dlatego wierzące siostry zabrały mnie do siebie, gdzie wstawały w nocy sprawdzić, czy jeszcze oddycham. Umierałam. Czułam to. Pomodliłam się ostatni raz, żegnając się ze światem. Bardzo chciałam już być z Jezusem. Kiedy zasnęłam, śniło mi się, że idę pod górkę i nie mam siły iść dalej, wiem, że już wpadnę w dół. I nagle Boża ręka podnosi mnie i stawia na szczycie, idę dalej. Kiedy obudziłam się, rozpłakałam się, bo wiedziałam, że będę żyła, a wolałam być już z Jezusem. I wtedy przeczytałam w Ewangelii Łukasza 8:26-39 o uzdrowieniu opętanego człowieka. Kiedy został uzdrowiony, chciał iść za Jezusem, Pan jednak powiedział: ‘Wróć do domu swego i opowiedz, jak wielkie rzeczy uczynił ci Bóg.’ Wtedy dałam Panu obietnicę, że jeśli będą prosili mnie o świadectwo, to będę wiedziała, że mam świadczyć. Dlatego piszę teraz to świadectwo – żyję dla Jezusa, bo pokochałam Go całym swoim sercem. Zbawił mnie, umarł za mnie, zmienia mnie codziennie, jest ze mną. Nikt tak nie kocha, jak On. Tylko On zna nasze serca, pragnienia i tylko On daje pokój, radość i szczęście. Bóg jest miłością, więc bez Boga nie ma ani miłości ani szczęścia, już o tym się przekonałam na własnym życiu.

Kiedy było mi już bardzo trudno, powiedziałam: „Boże, jeśli chcesz, żebym została w Polsce, daj mi mieszkanie.” Bóg jest łaskawy. Po kilku miesiącach przeprowadzałam się do danego mi służbowego mieszkanka.

Modlę się za tych, których Bóg postawi na mojej drodze. Wierzę, że Bóg działa i puka do serca każdego, o kogo się modlę.

Drogi czytelniku! Nie znam cię, ale jeśli to świadectwo jest teraz w twoich rękach, chcę, żebyś wiedział, że czyni to żywy Bóg, który cię stworzył i który cię bardzo kocha; umarł za ciebie na krzyżu Golgoty, On nie chce, żebyś trafił do piekła. Jeśli jest ci bardzo ciężko i wydaje się, że wszystko się rozpada, niech te ciernie, przez które się przedzieram, pomogą ci zwalczyć ten ból serca. Popatrz na moje życie i wiedz, że tylko dzięki Jezusowi Chrystusowi jeszcze żyję i mam pokój w sercu. Kocham cię, kimkolwiek jesteś, chciałabym, żebyś poznał Tego, Który jedynie może ci pomóc. Padnij na kolana i zacznij się modlić, czytaj Słowo Boże, a Bóg niech cię w tym prowadzi.

Nie jest łatwo kroczyć przez życie, ono nie jest zabawą. Ale kiedy jest mi szczególnie smutno, wiem, ze jest Ktoś, Kto mnie pocieszy i zachowa – Pan Jezus Chrystus. Wierzę, że da mi to, co jest najlepsze, wiem, Komu zaufałam. Nie chcę, żebyś oceniał mnie zbyt wysoko.

Jestem bardzo słabym i może o wiele bardziej grzesznym człowiekiem od ciebie, ale jeśli oddajemy się w ręce Boże, On nas zmienia i kształtuje na Swój obraz.

On cię nigdy nie porzuci, tak jak to było w moim przypadku. Zaufaj Mu.

„Niech ci błogosławi Pan i niechaj cię strzeże;

Niech rozjaśni Pan oblicze swoje nad tobą i niech ci miłościw będzie;

Niech obróci Pan twarz swoją ku tobie i niech da ci pokój.”

 

Tatiana z Ukrainy